Noc, znowu
nie mogę spać. Myślę, przeplatam to cichymi modlitwami. Postanawiam znowu
czegoś posłuchać, nie wiem jak na to trafiam. Zaskoczona słucham. Chłonę.
Nawracam się. Tak dostępuję metanoi. Jest noc a ja wiem, że w niej światło zajaśniało.
Przypominam
sobie to, co przecież wiedziałam, że Bóg o wszystkim wie. Czyli również o tym
co trapi, boli i jest po ludzku trudne. Wreszcie rozumiem co mi kiedyś
powiedział tam w wielkiej ciszy, gdy siedzieliśmy na herbacie.
Nie ma już
miejsc, gdzie by Go nie było odkąd stał się człowiekiem.
Wczoraj
trącałam myślami temat przemijania i przeżywania żałoby. Brak jest wielki, ale
już mu tam lepiej, mocno w to wierzę i tym się podzieliłam z paniami wracającymi
z pogrzebu, i one podzielały moje zdanie. To piękne, że na oko siedemdziesięcioletnie
babcie mają wizję Boga, który jest dobry.
Nie
wiedziałam jak to będzie jak spotkam się z małą, ale cóż ciężko mi było
wytłumaczyć dlaczego tak się stało, bo sama nie wiem, bo czuję straszne
wkurzenie na te wszystkie struktury. Wymyśliłam jednak, że przecież możemy
pośpiewać i potańczyć, były wspomnienia. Ujęły mnie jej słowa, że nigdy na nich
nawet nie krzyknął. Jakie to dobre podejście, teraz pozostają puste godziny
niewypełnione śpiewem ani tańcem, puste miejsce gdzieś przy stole i trudne myśli czy do tego musiało dojść?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz