Swojego w cudzysłowie ponieważ nie jest nawet w granicach mojej diecezji, ale to tam czuję najpełniej, że to mój dom.
...
Weszłam dzisiaj półprzytomna, zaspana do kościoła, usiadłam na schodku dumna z tego, że przyszłam przed czasem.
Początek Mszy- jestem zdziwiona, ale jak to chór nie śpiewa myślę, no dobra organista( też dobrze śpiewa) i nie ma procesji do ołtarza( przemknęło mi przez myśl, że sporo się zmieniło na tej 10:30 od miesiąca)
Liturgia Słowa- staram się mocno skupić, dolatują do mnie słowa, żebym się nie bała- ok spróbuję.
Kazanie- podobno zawsze łaska się rozlewa jak op gadają- znowu coś wyciągnęłam dla siebie.
Podsumowanie stanąć w prawdziwe.
Potem ofiarowanie i moment zbierania kolekty, dobra zobaczyłam znajomą twarz( w końcu na tej mojej zaspanej, nieogarniętej twarzy uśmiech) bo i u ojca uśmiech do każdego i taki serdeczny, że aż mi radośniej na sercu- w mojej rodzinnej parafii takiej radości nie uświadczysz.
Ten uśmiech niby prosta sprawa, a tak wiele jakoś dzisiaj dla mnie znaczył.
Tyle dobrej energii...
Coś niesamowitego.
Potem same cuda, bo oto chleb i wino stają się Ciałem i Krwią Chrystusa.
Idę się umocnić, Jego mocą.
...
Ludzie uśmiechajcie się myślę, że uśmiech jest też bardzo ważny na Mszy bo przychodzimy Świętować Zmartwychwstanie...
Czasem mały uśmiech wystarczy- to też lekcja dla mnie...
...
Dom
tam gdzie serce jest
nie geopolitycznie
tam gdzie dusza gna...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz